 Był taki człowiek Wspomnienie o Wiesławie Kiserze
Gdy w czerwcu 2008 roku
zapadła decyzja o wydaniu przez Miejski Ośrodek Kultury
książek poświęconych gnieźnieńskim malującym amatorom
(„Rozmowy za sztalugą”), a także trzem gnieźnieńskim chórom
(„Rozmowy na 2 głosy”), dyrektor Paweł Kostusiak powiedział: –
Ale najpierw bierz się za chórzystów. Kiser jest ciężko chory
i możemy nie zdążyć.
Tak też się stało. W
tej właśnie sprawie, czyli w sprawie nagrania rozmowy z
dyrygentem SZPAKÓW, 16 lipca pojechałem z Romanem Nowakiem do
Poznania, do mieszkania Wiesława Kisera. Mieliśmy z sobą
magnetofon i aparat fotograficzny. Wiesław, chociaż miał
kłopoty z mówieniem, ciągle zachowywał bystrość umysłu,
planował kolejne koncerty, był dowcipny i… bardzo
samokrytyczny. W ciągu kilku dni przygotował na potrzeby
książki kalendarium założonego i prowadzonego przez siebie
chóru, a także doskonale zautoryzował spisaną z dyktafonu
rozmowę. Trzy miesiące później, a konkretnie 13 października,
okazało się, że w ten oto sposób powstała ostatnia rozmowa z
Wiesławem Kiserem i ostatnie jego zdjęcia, autorstwa Romana
Nowaka. Osobiście znałem go od listopada 1987
roku, kiedy to mój ówczesny szef, redaktor Kazimierz Młynarz
(redaktor naczelny poznańskiego miesięcznika społeczno –
kulturalnego NURT) wysłał mnie do Gniezna, a konkretnie do
tutejszej Szkoły Muzycznej, aby napisać reportaż o jej
dyrektorze i jednocześnie dyrygencie Chóru Chłopięcego SZPAKI.
Krótko potem Wiesław przestał być dyrektorem, a chór
oficjalnie zawiesił swoją działalność z powodu braku miejsca
do prób w r. 1990 i tym samym zakończył swoją aktywność na
mapie artystycznej Gniezna. Co prawda z czasem odrodził się
jako Gnieźnieński Chór Męski „Szpaki” (w roku 1993), a w roku
1998 zmienił swą nazwę na Kameralny Zespół Męski ”Szpaki”, ale
Gniezno nie było już miejscem, o którym dyrygent mógł był
powiedzieć „Oto moje miasto”. Dzisiaj, gdy wraz ze śmiercią
Kisera pewna epoka gnieźnieńskiej chóralistyki skończyła się
bezpowrotnie, na prośbę ciągle śpiewających wychowanków
mistrza postanowiłem napisać tych kilka słów wspomnienia.
Ostatecznie jednak, aby nie nadużywać cierpliwości czytelników
i tych wszystkich, którzy znali go od roku 1970, którzy z nim
przepracowali 38 lat, postanowiłem oddać do druku ostatnią
moją rozmowę z Wiesławem, która wraz z książką „Rozmowy na dwa
głosy” ukaże się w Gnieźnie w październiku 2009 roku. Myślę,
że jest to najlepsza forma przypomnienia człowieka, dzięki
któremu Gniezno, za sprawą Chóru Chłopięcego SZPAKI, po raz
pierwszy w XX wieku znalazło się na muzycznej mapie Polski i
Europy. Zawartość tego wspomnienia
wzbogaciłem o kilka zdań, które wypowiedzieli przed pierwszą
grudniową próbą spadkobiercy idei artystycznej i woli
muzycznej mistrza. Całość kończą słowa Romana Nowaka,
wygłoszone nad grobem Kisera, w dniu jego poznańskiego
pogrzebu. (K. Sz.)
***
Na koniec tylko warto
przypomnieć, że Chór Chłopięcy SZPAKI w roku 1970 zaczął
działać w liczbie 50-ciu osób. Od tamtej pory przez zespół
przewinęło się ponad dwa tysiące śpiewających chłopców.
Dzisiaj w Kameralnym Zespole Męskim SZPAKI śpiewa tylko 14
osób, a z pierwszego składu nieprzerwanie do chwili obecnej
śpiewają tylko dwie – Wojciech Kwaśnik i Marek
Zygmunt.
***
Ostatnia rozmowa z
Wiesławem Kiserem
- Jesteśmy w poznańskim
mieszkaniu Wiesława Kisera. Duży pokój. Na ławie imponująca
kolekcja popielniczek. Na dywanie, u nóg swojego pana leży
wierna suczka Redo, pies zabrany kiedyś ze schroniska dla
zwierząt. Na ścianach plakaty w kilku językach i afisze,
zdjęcia z minionych lat, rodzinne pamiątki. Większość tej
ikonografii dotyczy Gnieźnieńskiego Chóru Chłopięcego SZPAKI.
W oszklonych szafach partytury,
literatura muzyczna, opracowania na chór,
zapiski, książki, autorska publicystyka, jednym słowem –
twórczy dorobek całego życia. Oto pan Wiesław Kiser, zawodowy
muzyk, dyrygent, kompozytor. Jak można pana dzisiaj
najtrafniej określić? - Emeryt.
- A w zakresie muzyki?
- Dyrygent chóralny.
- Gdzie pan zdobywał szlify zawodowe?
- W Poznaniu. To się wtedy nazywało
Państwowa Wyższa Szkoła Muzyczna. W zakresie kompozycji
uczyłem się u Tadeusza Szeligowskiego, a w zakresie
chóralistyki wszystkiego, co umiem, nauczyłem się od Jerzego
Kurczewskiego. - W listopadzie 1987
roku ukazał się kolejny numer poznańskiego Miesięcznika
Społeczno-Kulturalnego NURT, w którym zamieściłem swój
reportaż w całości poświęcony gnieźnieńskiej Państwowej
Podstawowej Szkole Muzycznej. Dwaj główni bohaterowie tego
reportażu to ówczesny dyrektor szkoły Wiesław Kiser i jego
ukochane dziecko muzyczne – Chór Chłopięcy SZPAKI. Zanim zadam
panu kolejne pytanie, wróćmy na chwilę do przeszłości, do
reportażu z roku 1987. Oto jego fragment:
Chór związany jest ze szkołą
muzyczną i gnieźnieńskim środowiskiem wieloma autentycznymi
więzami. Powstał w roku 1970 pod wprawną ręką W. Kisera i
niemal od razu stał się wydarzeniem artystycznym na muzycznej
mapie kraju. W najlepszym okresie swojego istnienia wymieniany
był przez krytyków i recenzentów zaraz za takimi potęgami
chóralistyki chłopięcej, jak zespoły Stuligrosza i
Kurczewskiego. Do dzisiaj gnieźnieński chór dał ponad 1000
koncertów, odbył 22 podróże zagraniczne (Finlandia, NRD,
Czechosłowacja, ZSRR, Francja, RFN, Bułgaria), śpiewał we
wszystkich możliwych warunkach, jakie można spotkać na
krajowych szlakach koncertowych. Chór od
początku swojej działalności finansowany był przez Wydziały
Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Poznaniu i Urzędu
Miejskiego w Gnieźnie*. Obecnie, aby ten 45-osobowy zespół
utrzymać na przyzwoitym poziomie artystycznym, wizualnym i
koncertowym, biorąc pod uwagę wyłącznie koncerty krajowe,
każdego roku trzeba dotacji w wysokości miliona złotych.
Ponieważ jednak mecenasów stać wyłącznie na 200 tysięcy,
SZPAKI mogą śpiewać tylko w obrębie Poznania, Gniezna i kilku
najbliższych województw. Przez wiele lat istnienia tego chóru
wokół dyrygenta i jego wychowanków wytworzyła się w Gnieźnie
bardzo ceniona przez środowisko subkultura muzyczna,
przyciągająca więcej kandydatów i chętnych, niż posiada miejsc
typowy autobus turystyczny. Rzecz w tym, że
chór nie może posiadać więcej gardeł niż zdoła zabrać w
kolejną trasę, czy zagraniczną podróż tenże autobus. Jak
bowiem wytłumaczyć tym, którzy nie pojechali, że nie mogą
jechać, aby mogli pojechać inni. Jak ustawiać i motywować
wysiłek na próbach, aby żaden chłopiec nie czuł się zbyteczny
lub oszukany. Dlatego też od razu dopasowano te dwie liczby do
siebie, a właściwie tę pierwszą (liczba miejsc w autobusie) do
tej drugiej (liczba chórzystów), chociaż nie jest żadną
tajemnicą, że największe możliwości wokalne i wykonawcze
posiada grupa 70-osobowa. Wszystko to jednak
nie zmienia faktu, że chór SZPAKI na trwałe wpisał się w
historię i rzeczywistość gnieźnieńskiej kultury, chóralistyki
i szkoły muzycznej, w której pobiera nauki większość młodych
chórzystów. Ponieważ nic nie trwa wiecznie, należy
domniemywać, że być może kiedyś, za ileś tam lat, kiedy odejdą
ludzie, pojawi się coś innego, coś w zamian, co będzie
logiczną kontynuacją idei, niezaprzeczalnie słusznej idei
Wiesława Kisera. Dopóki zaś chór trwa, dopóki głosy tych
chłopców brzmią jeszcze w murach katedry Notre Dame w Paryżu i
w ścianach pegeerowskiego ośrodka kultury w Żydowie koło
Gniezna, dopóty warto podtrzymywać ten pozytywny snobizm na
śpiewanie w SZPAKACH.
*Chór nigdy nie był dotowany,
otrzymywał tylko zlecenia typu organizacja obozu
szkoleniowo-wypoczynkowego,
itp.
- Tak było w roku
1987, a dzisiaj jest nieco inaczej. Chłopcy wydorośleli, a
zespół, jak można przeczytać na oficjalnej stronie Miejskiego
Ośrodka Kultury w Gnieźnie – jest kontynuatorem
tradycji Gnieźnieńskiego Chóru Chłopięcego SZPAKI,
działającego w latach 1970-1990. Od początku istnienia
kierownikiem artystycznym chóru jest Wiesław Kiser. Od 1993 r.
działa pod nazwą Kameralny Zespół Męski SZPAKI. Wystąpił w
ponad 100 koncertach w kraju i za granicą. Prezesem zespołu
jest Roman Nowak. Dzisiaj, z perspektywy
38 lat pracy ze SZPAKAMI, można już powiedzieć, że poświęcił
pan życie zawodowe chóralistyce. - I
to był mój błąd życiowy. Gdybym żył drugi raz, to na pewno bym
go nie popełnił. - Na czym ten błąd
polega? - Na tym, że taka
działalność w ogóle się w Polsce nie opłaca. Nie mówię o
sprawach finansowych. Mówię o tak zwanym rezonansie
społecznym. On jest w Polsce żaden. -
Nawet przy tak wielkiej liczbie chórów amatorskich, jaka
obecnie działa w kraju? - Zazwyczaj
więcej osób stoi na scenie i śpiewa niż siedzi na widowni i
słucha. Powtarzam, rezonans społeczny tego śpiewania jest
żaden. - To może trzeba stawiać na
chóry zawodowe? - Chórów zawodowych
jest w Polsce zaledwie kilka. - Może
je pan wymienić? - Filharmonia
Narodowa, Filharmonia Śląska, Filharmonia Krakowska, Chór
Polskiego Radia w Krakowie i Chór Filharmonii Poznańskiej.
Wszystkie te chóry i inne tego typu są zawodowe w klasycznym
rozumieniu tego słowa, bo śpiewanie jest ich pracą, za którą
śpiewacy dostaję wynagrodzenie, czyli pensję.
- Mówi pan o braku rezonansu
społecznego w przypadku chóralistyki. Poza słabą widownią, co
jeszcze pana martwi w tej kwestii? -
To, na przykład, że władze nie interesują się utrzymywaniem
chórów amatorskich na dobrym poziomie. Tak było za komuny i
tak jest teraz. - A jak, pana
zdaniem, mogłoby lub powinno to wyglądać inaczej, gdyby władze
przejmowały się losem chórów? - To
powinno wyglądać w ten sposób, że każdy przyzwoity chór miałby
szansę prowadzić jakąś działalność koncertową, bo chór, który
istnieje zamknięty w czterech ścianach sali do prób, przestaje
być chórem. A sens istnienia chóru jest w kontakcie z
widownią. Ponieważ jednak władze nie mają pieniędzy, jest jak
jest, a przecież nie można zapominać o prostej sprawie, że
każde wyjście do widowni kosztuje. Weźmy takie SZPAKI. Ile
razy można śpiewać w Gnieźnie? Kiedyś w końcu trzeba wyjechać
z Gniezna. Żeby wyjechać, trzeba mieć na to pieniądze, tylko
skąd je brać?
 - Czy zatem chór
SZPAKI jest ostatecznie skazany na zamknięcie w czterech
ścianach? - Pewne jest, że on takim
nigdy nie był. Jako chór chłopięcy robiliśmy 40 koncertów
rocznie, zarabialiśmy koncertami na własne istnienie, na
koszty naszego istnienia, bo dotacje mieliśmy tylko na obozy
szkoleniowo-wypoczynkowe. Resztę musieliśmy wypracować
śpiewaniem, koncertami. Dlatego koncertowaliśmy dużo w Polsce,
ale i poza Polską. W tej chwili, jako chór męski, jesteśmy
oczywiście zamknięci w sali do prób. Po pierwsze, dlatego, że
członkowie chóru są dorośli, a ich możliwości czasowe
drastycznie się zmniejszyły, więc zespół może koncertować
tylko w tak zwane weekendy. No, a po drugie, to także sprawa
finansowa, bo ktoś za te wyjazdy musi zapłacić, a za same
koncerty nikt już dzisiaj amatorom nie płaci. A nie płaci, bo
nikt nawet nie próbuje ryzykować sprzedawania biletów na
koncert chóru. - Wróćmy na chwilę do
przeszłości, do czasów, gdy tworzył pan chór chłopięcy. SZPAKI
były wtedy rozpoznawalną marką, a pańskie nazwisko było
gwarancją wysokiej jakości. Co legło u podstaw tego projektu?
- Chór chłopięcy powstał w Gnieźnie,
ponieważ ja się założyłem z Jurkiem Kurczewskim, że zrobię
taki chór. On w to wątpił, ale założył się ze mną o
przysłowiowe pół litra, że nie dam rady. W Poznaniu było już
wtedy dosyć ciasno, więc musieliśmy rozejrzeć się za jakimś
innym miastem. W końcu towarzysze z KW (komitet wojewódzki
PZPR) wymyślili, żeby w Gnieźnie stworzyć świecką przeciwwagę
dla kościelnych uroczystości, mających związek z rocznicowymi
obchodami wokół świętego Wojciecha. No i myśmy rzeczywiście
debiutowali w okolicach tej rocznicy. To była bardzo
prozaiczna przyczyna powstania chóru. A potem, gdy zespół już
istniał, było kwestią mojej uczciwości, żeby tych chłopców nie
zawieść w tym, co im obiecałem. Bo, żeby ich przyciągnąć i
utrzymać w zespole, musiałem im coś obiecać. A obiecałem im
przygodę ze sztuką i muzyką. Postanowiłem więc im tę przygodę
stworzyć od podstaw. - Chór w miarę
szybko osiągnął wysoki poziom wykonawczy. Takie przynajmniej
były oceny. Zespół był lubiany i chętnie słuchany. Brało się
to z młodzieńczej pasji chórzystów i pańskiego
profesjonalizmu. - Podstawą sukcesu
była ich pasja. Bez tego niewiele byśmy zrobili.
- Bez dobrego dyrygenta też chór
niewiele by zdziałał. - Tego to już
nie wiem, ale wiem, że połączyłem się ze SZPAKAMI emocjonalnie
na tyle mocno, że te więzy dwa razy powstrzymały mnie przed
ucieczką z Gniezna. - Stworzył pan
chór, który okazał się z czasem pańskim słodkim ciężarem, taką
serdeczną „kulą u nogi”. - Owszem, z
chórem byłem zawsze mocno związany, ale gdy zespół kończył
oficjalnie działalność, jako chór chłopięcy, ówczesne władze
Gniezna nie powiedziały pod moim adresem ani dziękuję, ani
pocałuj mnie w d… - A dlaczego chór
chłopięcy zawiesił swoją działalność i stał się w
ostateczności chórem męskim? Zabrakło młodych śpiewaków?
- Nie mieliśmy miejsca, gdzie można
było prowadzić próby. A skończyło się miejsce do prób, bo ja w
roku 1988 odszedłem ze stanowiska dyrektora szkoły muzycznej.
- Władze miasta straciły
zainteresowanie chórem? - Władze
miasta nigdy nie ceniły tego zespołu naprawdę, ale to moja
następczyni w szkole muzycznej skutecznie pozbyła się SZPAKÓW
z sali prób. Trzeba było wtedy spojrzeć prawdzie w oczy i
zmienić koncepcję prowadzenia zespołu.
- Koncepcja, jak widać, doskonale się
sprawdziła, bo jest rok 2008, a SZPAKI istnieją, śpiewają i
nie wyobrażają sobie innego dyrygenta niż Wiesław Kiser.
- Chyba jednak będą musieli sobie to
w końcu wyobrazić, bo przecież i mnie kiedyś szlag trafi.
- To pewnie wszystkich nas szlag
trafi, ale póki co, nie jest najgorzej.
- Różnie z tym bywa. Przynajmniej w
moim przypadku. - Mówił mi pański
kolega, Roman Nowak, że nadal świetnie pan opracowuje i
przygotowuje kolejne utwory dla zespołu.
- Nie wiem, czy świetnie, ale robię
to, bo to trzeba robić. Każdy chór ma jakąś swoją specyfikę i
biorąc się za nowe utwory należy o tym pamiętać, o własnym
brzmieniu. Trzeba też brać pod uwagę to, co chór umie i
potrafi zaśpiewać. Literaturę muzyczną trzeba robić pod
możliwości zespołu. A ja napisałem tego tysiące kilometrów. W
tym pokoju mam z tonę nut. -
Komponowanie i opracowywanie utworu na chór jest czymś innym
niż komponowanie i opracowywanie utworu na orkiestrę?
- Chyba nie ma wielkiej różnicy. Tu
i tu od razu czuje się brzmienie utworu, tyle tylko, że dla
orkiestry najpierw pisze się tak zwany wyciąg fortepianowy,
który się potem instrumentuje, a w chórze tego nie ma, od razu
pisze się całą partyturę z podziałem na głosy.
- Gdy chór chłopięcy zakończył
działalność, gdy skończył się napływ młodych śpiewaków do
zespołu, a reszta wydoroślała i stała się kameralnym zespołem
męskim, to musiał pan zmienić sposób myślenia o tworzeniu
muzyki na potrzeby dorosłych SZPAKÓW?
- Tak. Musiałem od nowa budować
repertuar. Pieśni się powtarzają, ale trzeba było je zrobić
zupełnie inaczej, wszystko trzeba było pisać od nowa.
- Bo nie ma sopranów i
altów? - Prosta przyczyna.
- Pan swoją muzykę chóralną nosi w
głowie, w sercu, w duszy? - Potrzeba
jest matką wynalazków. A poza tym, ja mało komponuję, ja
przede wszystkim aranżuję. A skąd się biorą pomysły? Niekiedy
jest to kwestia przypadku. Gdzieś idę, coś usłyszę i
zastanawiam się, dlaczego jeszcze ten utwór nie został
zaaranżowany dla SZPAKÓW. Potem wracam do domu i biorę się do
roboty. Tak było, na przykład, z „Ave verum” Mozarta.
- Życie zawodowe, a przynajmniej
spora jego część, spędzone ze SZPAKAMI, dało panu dużo
satysfakcji, radości? - Z chórem
tak. Tutaj zaznałem więcej przyjemności niż w całej mojej
trzeciej dziedzinie aktywności zawodowej, jaką jest
publicystyka muzyczna. Zwłaszcza, że chór nadal śpiewa, a
pisać już nie mam gdzie, bo nie ma gazet, polskich gazet,
które byłyby zainteresowane tym, co mam do powiedzenia o życiu
muzycznym regionu. Zawsze rejestrowałem na bieżąco wydarzenia,
a w tej chwili to nie bardzo jest co, i nie ma gdzie
rejestrować. - Gdyby dzisiaj otwarły
się dla pana łamy jakiejś dobrej gazety ogólnopolskiej, to
miałby pan jeszcze ochotę pisywać, uprawiać swoją publicystykę
muzyczną? - Miałbym ochotę, ale z
tematami jest gorzej. - Bo mniej pan
wychodzi z domu, czy z innego powodu?
- Problem polega na tym, że cała
Polska w lecie jest umajona festiwalami. A przecież nie można
być jednocześnie na 20 festiwalach, w 20 różnych miastach.
Wszędzie, wszyscy organizują festiwale, a potem przez resztę
roku nie robią nic. A nie robią nic, bo cały roczny budżet
wydają na jeden festiwal. - Trochę
para w gwizdek. - Dokładnie tak to
widzę. - Jeszcze o SZPAKACH.
Dzisiejszy chór to właściwie męski zespół kameralny. Jak pan
ocenia jego obecny poziom wykonawczy i jego dzisiejszą
stylistykę? - Co do poziomu, to nie
ja powinienem się tu wypowiadać, a co do stylistyki, to i
owszem, mam swoje zdanie na ten temat. Otóż stylistycznie jest
to „najgorszy” gatunek, jaki może istnieć.
- Czyli? -
To jest omnibus, który śpiewa wszystko.
- A śpiewa chociaż dobrze?
- Różnie to bywa. Na jednym
koncercie bywa lepiej, a na drugim nieco gorzej. Ale chyba
ogólnie panowie ze SZPAKÓW prezentują się zupełnie
przyzwoicie. Po ostatnim koncercie w podziemiach
gnieźnieńskiej Katedry, zrealizowanym w ramach projektu Zenony
Golc „Poezja w murach Katedry”, otrzymałem od gnieźnieńskiego
senatora Piotra Gruszczyńskiego propozycję, aby to samo zrobić
także w Trzemesznie. Podobno ma nawet na ten cel jakieś
pieniądze. Cały ten pomysł ze śpiewaniem i poezjowaniem w
podziemiach Katedry, to impreza dobrze pomyślana. Pierwszy raz
spotkałem się z czymś takim, ale popieram to w całej
rozciągłości. Szkoda tylko, że my, to znaczy chórzyści,
aktorzy i recytatorzy, robimy to wszystko za przysłowiowe „Bóg
zapłać”.
- Rodzi się więc pytanie, czy
chórzyści za swój śpiew powinni otrzymywać wynagrodzenie?
Przecież oni ciężko pracują. - Za
komuny to było możliwe. Teraz pan tego nie załatwi, chociaż
chodziłoby o bardzo niewielkie pieniądze. Chóry gnieźnieńskie
są na garnuszku Miejskiego Ośrodka Kultury, ale sprowadza się
to wyłącznie do opłacenia dyrygenta (na etacie instruktora)
oraz udostępnienia sali prób. Chórzyści nie mają z tego nic,
poza radością śpiewania. - Pańskie
doświadczenia w zakresie chóralistyki są wielowarstwowe. Jest
pan związany od 38 lat z chórem gnieźnieńskim, ale pana
naturalnym siedliskiem jest Poznań. Tu pan zna wszystkich, o
tym środowisku wie pan wszystko. -
Teraz już niekoniecznie. - Ale jednak
o chóralistyce poznańskiej minionych lat wie pan sporo. Jak ja
pan ocenia dzisiaj? - W okresie
największego rozkwitu było to bardzo dobre środowisko, pełne
fantastycznych chórów. Pamiętamy świetny chór kolejowy, równie
dobry chór ARION z Pałacu Kultury, pamiętamy chór ZNTK, dobry
chór działający na Dębcu, chór nauczycielski, a przede
wszystkim istniała chóralistyka akademicka z prawdziwego
zdarzenia. Pewnie sporo z tego przetrwało, ale są też chóry,
które znikły bezpowrotnie z mapy Poznania. Wokół tego,
oczywiście, kręciło się zawsze sporo obiboków, którzy robili
hałas na własny temat, ale roboty z tego nie było żadnej. W
Gnieźnie też są tacy. - Summa
summarum, ludzie nadal próbują i chcą śpiewać, ale masowy,
autentycznie masowy ruch to już chyba nie jest.
- Masowe w Polsce to jest „Sto
lat!”, przy ognisku i u cioci na imieninach, w dodatku często
sfałszowane, - Czego życzyłby pan
sobie i SZPAKOM na najbliższe lata? Oprócz pieniędzy na
działalność i sali do prób? - Im
wytrwałości, a sobie zdrowia. - Ma
pan ochotę jeszcze aranżować na potrzeby zespołu?
- Ochotę mam, ale czasem brakuje
sił. - Na koniec tej rozmowy wrócę
raz jeszcze do owego, cytowanego już tutaj reportażu „Wszystko
gra”, który ukazał się w poznańskim miesięczniku NURT w roku
1987. Oto kolejny jego fragment:
Nie jest łatwo być człowiekiem lubianym i zarazem niepokornym,
szanowanym przez podwładnych i jednocześnie cenionym przez
zwierzchników. Nie jest łatwo zwłaszcza wtedy, gdy działa się,
pracuje, osiąga wyniki na styku administracji i sztuki, na
styku języka i muzyki, na pograniczu rzeczy oczywistych i
spraw, których nigdy do końca nie da się nazwać, wyjaśnić,
zadekretować. Kiedy podejmował się w roku 1970 organizacji
kolejnego w Wielkopolsce chóru chłopięcego, wielu nie wierzyło
w sukces tego przedsięwzięcia. Kiedy podjął się reorganizacji
szkoły muzycznej I stopnia na podstawową szkołę muzyczną,
także wielu powątpiewało w sensowność tych działań. W jednym i
drugim przypadku podkreślano prowincjonalność muzyczną
Gniezna, małe możliwości naboru i trudności
organizacyjno-lokalowe. Jego największym życiowym
zobowiązaniem było, i jest nadal, dzieło jego życia – Chór
Chłopięcy SZPAKI. Jego największym obowiązkiem, przed którym
nigdy się nie uchylał, jest gnieźnieńska szkoła muzyczna. Jego
największą artystyczną satysfakcją był koncert chóru w
katedrze Notre Dame w Paryżu. A przecież były chwile
trudne, żałosne i beznadziejne. Wystarczyły trzy koncerty w
fatalnych warunkach, bez widowni i w otoczeniu niczego nie
rozumiejących ludzi, aby na pewien czas odechciało się
wyjazdów na prawdziwą krajową prowincję. Wystarczyło kilka lat
szukania po Gnieźnie pomieszczeń zastępczych dla uczniów
szkoły muzycznej, aby ręce opadały, a nogi uginały się pod
brzemieniem odpowiedzialności za te niezawinione przecież
niedomagania. Czy to już wszystko? Portret człowieka jest
zbyt skomplikowaną tkaniną, aby do jego konstrukcji mogło
wystarczyć tych kilka zdań, kilka migawek i anegdot. To
wszystko nie wyjaśnia człowieka, nie mówi całej prawdy o jego
sukcesach i porażkach, o jego złym i dobrym dniu, o jego
rozumieniu pogody, która rozstraja gardła i przepony młodych
śpiewaków, o jego zatroskanym patrzeniu w okno, za którym,
gdzieś tam, wśród ulic i domów, kryje się być może zagadka
nadchodzącego skurczu serca i drżenia ręki. Zagadka tego, co
trzeba jeszcze zrozumieć, zrobić, skomponować, zaaranżować i
wyśpiewać młodymi piersiami szykującego się do kolejnej próby
zespołu. - Tak kończył się mój
ówczesny tekst o Wiesławie Kiserze, jego życiu i pracy w
Gnieźnie. Dzisiaj jest 16 lipca 2008 roku. Znowu rozmawiamy
twarzą w twarz. Od tamtego spotkania w murach szkoły muzycznej
minęło niemal dokładnie 21 lat. Tym razem po raz pierwszy mam
okazję siedzieć na krześle w pańskim pokoju. Pan pali
papierosy, suczka Redo wskakuje na pańskie kolana, a ze ścian
patrzą na nas milczący świadkowie tego, co minęło. Panie
Wiesławie, jak się pan czuje w tym pokoju, ale i w tym
konkretnym miejscu własnej historii, czasu i przestrzeni, raz
w tygodniu jeżdżąc do Gniezna, na próby ze SZPAKAMI?
- A jak się może czuć zmęczony
siedemdziesięciolatek? Teraz mam, co prawda, urlop od SZPAKÓW,
ale już trzeba myśleć o nowym sezonie.
- A poza tym? Jakieś plany na
przyszłość? - Muszę iść z psem na
spacer i do sklepu po jedzenie, a do sklepu mam cholernie
daleko. - Chodzenie pana
męczy? - Bolą mnie nogi. W końcu
jedne pół życia pracowałem na stojąco z chórem, a drugie pół
życia, też na stojąco, rozmawiałem w barach i knajpach
Poznania o muzyce, polityce i pięknie tego świata.
Rozmawiał: Krzysztof Szymoniak
(Fot. Roman Nowak)
***
WIESŁAWA
KISERA wspominają jego wychowankowie, chórzyści z Kameralnego
Zespołu Męskiego SZPAKI
Wszystkie wypowiedzi nagrano 8 grudnia 2008 roku w
Gnieźnie
Sławomir
Rolewicz, II basy – Wiesław Kiser, człowiek
wyjątkowy, jedna z najważniejszych postaci w moim życiu,
człowiek niebanalny, którego zawsze będzie brakowało. Trudno
pogodzić się z faktem jego śmierci, bo jako dyrygent chóru
towarzyszył mi od wczesnego dzieciństwa, czyli od zawsze. A
SZPAKI dzisiaj? Zespół kolegów, ale czas pokaże, jak nam się
to wszystko dalej ułoży.
Marek Wiśniewski, II
basy – Wiesław pokazał nam, jak można żyć. Porządny
człowiek. My przy nim też tacy byliśmy. Wszystko, co można
powiedzieć na jego temat, to i tak za mało, żeby go oceniać.
To był naprawdę znakomity wychowawca i przyjaciel. A SZPAKI
dzisiaj? Zespół kolegów, przyjaciół nawet. I tak będzie
zawsze, bo tego się przecież nie da rozerwać.
Piotr Napierała, II basy – Wiele lat
temu Wiesław Kiser zamienił w moim życiu słowo dzieciństwo na
słowo chór. Wtedy też zaczęła się największa, najwspanialsza
przygoda mojego życia. Ona właściwie trwa do dzisiaj i wiem,
że będzie trwała tak długo, jak długo my będziemy pamiętali o
Wiesławie. Poprzez pamięć będziemy trwali w przygodzie, którą
on nam stworzył. Wiesław Kiser był wspaniałym człowiekiem.
Trudno nawet porównać go z kimkolwiek. Był niepowtarzalny i
wyjątkowy. Dzięki niemu takie też były SZPAKI. I nic się w tej
materii nie da powtórzyć ani zmienić. Pozostała po Wiesławie
idea, którą my niesiemy dalej. Z myślą o nim i dla niego.
Jarosław Marek, I tenory – Ktoś
kiedyś powiedział, że życie zostało nam podarowane tylko na
chwilę, każdemu nas z osobna. To, co mogłem przeżyć dzięki
Wiesławowi i dzięki chórowi, okazało się najpiękniejszą i
najważniejszą sprawą w moim życiu. Co dalej? Trudno
powiedzieć. Przede wszystkim zastanawiam się, czy damy radę
kontynuować i rozwijać twórczo to, co on nam przekazał i w
taki sposób, jakby on to sobie wyobrażał.
Marek Zygmunt, I basy – Wiesław był
dla mnie wychowawcą od 1970 roku. Wpoił mi szereg życiowych
reguł i zasad. Jedna z najważniejszych, to odpowiedzialność za
grupę. Druga to taka, że nauczył mnie słuchać innych głosów, a
przez to innych ludzi. Był człowiekiem o jasno sprecyzowanym
światopoglądzie. A SZPAKI dzisiaj? Po prostu są, ciągle na
szczęście są.
Roman Nowak, I tenory –
większość przemyśleń na temat Wiesława, jakie miałem,
wyraziłem w przemówieniu, które musiałem wygłosić nad grobem.
Natomiast w tej chwili kierowanie chórem jest przede wszystkim
wielką odpowiedzialnością. Wiesław zostawił zespół, który ma,
moim zdaniem, wielki potencjał. Nie wolno nam tego zmarnować.
Jest to dla mnie ciężkie zadanie, bo w osobie Kisera
straciliśmy poniekąd busolę, kompas. W kwestii programu i
opracowań on myślał za nas. A teraz musimy sobie z tym
wszystkim poradzić sami. Na mnie spadł główny obowiązek
myślenia o stronie muzycznej i artystycznej. Wiem, że chcemy
sobie wszyscy z tym poradzić, mamy bowiem w planach koncerty i
nagranie płyty. Zaproponowałem kolegom, aby zmienić nazwę
zespołu na „imienia Wiesława Kisera”. To sprawia, że
odpowiedzialność za zespół jest jeszcze większa. Może ta
zmiana dojdzie do skutku, gdy sami sprawdzimy się na
estradzie. Wiesław nie zostawił po sobie żadnego potomka, więc
nazwisko w końcu zniknie ze świadomości społecznej, z pamięci
ludzkiej, jeżeli nie będzie używane i wspominane. A tego, jako
zespół, na pewno byśmy nie chcieli. Janusz
Kudławiec, I basy – Wiesław, to przede wszystkim
wspaniały wychowawca i przyjaciel. Uczył nas, jak wytrwać w
przyjaźni. Dzięki temu grono bliskich mi osób, to głównie
śpiewacy ze SZPAKÓW.
Tomasz Kędziora, II
basy – Mój ojciec umarł dość młodo, gdy miałem
kilkanaście lat. Wtedy to właśnie Wiesław zastąpił mi ojca. W
jakiś sposób nauczył mnie podstaw życia w społeczeństwie,
podstaw kultury i paru innych spraw, tego wszystkiego, czego
nie zdążyłem wynieść z domu rodzinnego. A jeżeli chodzi o
zespół, to zawsze byli i są to nadal wspaniali koledzy.
Lepszych już w swoim życiu na pewno nie znajdę. Funkcjonowałem
przez lata w środowisku sportowym, ale takich przyjaźni, jak
tutaj, tam nigdy nie znalazłem.
Jacek
Wiśniewski, I tenory – W zespole SZPAKI śpiewam
niezbyt długo i trudno w tej sprawie porównywać mi się z moimi
starszymi kolegami, ale przez kilka lat, gdy mogłem
współpracować z dyrygentem, Wiesław Kiser stał się dla mnie
jak członek rodziny. Zawsze pełen optymizmu, dawał wskazówki,
jak żyć i jak się tym życiem cieszyć. A jeżeli chodzi o
zespół, to mam nadzieje, że wspólnie przetrwamy próbę czasu.
Śpiewając i występując sprawimy, że nazwisko Wiesława Kisera
nie rozpłynie się w ludzkiej niepamięci.
Norbert Pękała, I tenory – Wiesław
Kiser? Dobre pytanie. Na pewno jeden z największych
autorytetów w moim życiu. W wielu kwestiach nawet większy niż
mój własny ojciec. SZPAKI? Kiedyś były inne. Te nowe, bez
Kisera, może będą podobne do tych, których już nie ma. Oby
były podobne.
Janusz Kocjan, II
tenory – Wiesław Kiser? Dla mnie to była postać
niesłychana. Przede wszystkim autorytet, jeśli chodzi o
muzykę, znakomity, rewelacyjny aranżer. Jego ostatnie
dokonania, kiedy przygotował dla nas chorały Bacha, czyli
utwory polifoniczne, na zespół męski, w ten sposób, że one nie
różnią się od oryginału, to jest to mistrzostwo najwyższej
próby, najwyższej klasy. A wpływ Kisera na moje życie? Ja nie
zostałbym muzykologiem, gdyby nie postać Wiesława. On
poprowadził mnie ku muzyce, jak prawdziwy guru. Gdyby nie
dyskusje z nim na temat muzyki, prawdopodobnie nie byłbym dziś
tym, kim jestem, nie robiłbym tego, co jest dla mnie
najważniejsze. A zespół? Wiesław wpoił nam miłość do muzyki
najwyższego lotu. Sprawił, że spotykamy się tutaj nie tylko
towarzysko, ale także dla muzyki, dla przyjemnego spędzania
czasu z muzyką traktowaną bez taryfy ulgowej.
Dariusz Napierała, I basy – Jeżeli
chodzi o Wiesława Kisera, to dla mnie był to przede wszystkim
wielki autorytet, a zaraz potem drugi ojciec. To on niejako
ukształtował moją osobowość, zapełnił mi muzyką dzieciństwo i
młodość. W efekcie także moje dalsze, dorosłe już życie, było
związane z muzyką i Wiesławem. A chór? Powiem krótko, chór to
wielka przygoda, wspaniali ludzie, przyjaciele. Przyjaźnie na
zawsze, do końca.
Maciej Bilski, II
tenory – Przypominają mi się słowa Phila Bosmansa:
„Nigdy nie zapominaj najpiękniejszych dni twego życia! Wracaj
do nich, ilekroć w twym życiu wszystko zaczyna się walić”.
Często wracam myślami do niewątpliwie najpiękniejszych chwil
swego życia spędzonych z Dyrygentem i kolegami – Szpakami.
Wiesław był dla mnie wspaniałym człowiekiem, nauczycielem i
przyjacielem. Nigdy Go nie zapomnę… I zawsze będę wracał…
Wysłuchał i spisał: Krzysztof
Szymoniak
|