Był taki człowiek

Wspomnienie o Wiesławie Kiserze

   Gdy w czerwcu 2008 roku zapadła decyzja o wydaniu przez Miejski Ośrodek Kultury książek poświęconych gnieźnieńskim malującym amatorom („Rozmowy za sztalugą”), a także trzem gnieźnieńskim chórom („Rozmowy na 2 głosy”), dyrektor Paweł Kostusiak powiedział: – Ale najpierw bierz się za chórzystów. Kiser jest ciężko chory i możemy nie zdążyć.


   Tak też się stało. W tej właśnie sprawie, czyli w sprawie nagrania rozmowy z dyrygentem SZPAKÓW, 16 lipca pojechałem z Romanem Nowakiem do Poznania, do mieszkania Wiesława Kisera. Mieliśmy z sobą magnetofon i aparat fotograficzny. Wiesław, chociaż miał kłopoty z mówieniem, ciągle zachowywał bystrość umysłu, planował kolejne koncerty, był dowcipny i… bardzo samokrytyczny. W ciągu kilku dni przygotował na potrzeby książki kalendarium założonego i prowadzonego przez siebie chóru, a także doskonale zautoryzował spisaną z dyktafonu rozmowę. Trzy miesiące później, a konkretnie 13 października, okazało się, że w ten oto sposób powstała ostatnia rozmowa z Wiesławem Kiserem i ostatnie jego zdjęcia, autorstwa Romana Nowaka.
   Osobiście znałem go od listopada 1987 roku, kiedy to mój ówczesny szef, redaktor Kazimierz Młynarz (redaktor naczelny poznańskiego miesięcznika społeczno – kulturalnego NURT) wysłał mnie do Gniezna, a konkretnie do tutejszej Szkoły Muzycznej, aby napisać reportaż o jej dyrektorze i jednocześnie dyrygencie Chóru Chłopięcego SZPAKI. Krótko potem Wiesław przestał być dyrektorem, a chór oficjalnie zawiesił swoją działalność z powodu braku miejsca do prób w r. 1990 i tym samym zakończył swoją aktywność na mapie artystycznej Gniezna. Co prawda z czasem odrodził się jako Gnieźnieński Chór Męski „Szpaki” (w roku 1993), a w roku 1998 zmienił swą nazwę na Kameralny Zespół Męski ”Szpaki”, ale Gniezno nie było już miejscem, o którym dyrygent mógł był powiedzieć „Oto moje miasto”. Dzisiaj, gdy wraz ze śmiercią Kisera pewna epoka gnieźnieńskiej chóralistyki skończyła się bezpowrotnie, na prośbę ciągle śpiewających wychowanków mistrza postanowiłem napisać tych kilka słów wspomnienia. Ostatecznie jednak, aby nie nadużywać cierpliwości czytelników i tych wszystkich, którzy znali go od roku 1970, którzy z nim przepracowali 38 lat, postanowiłem oddać do druku ostatnią moją rozmowę z Wiesławem, która wraz z książką „Rozmowy na dwa głosy” ukaże się w Gnieźnie w październiku 2009 roku. Myślę, że jest to najlepsza forma przypomnienia człowieka, dzięki któremu Gniezno, za sprawą Chóru Chłopięcego SZPAKI, po raz pierwszy w XX wieku znalazło się na muzycznej mapie Polski i Europy.
   Zawartość tego wspomnienia wzbogaciłem o kilka zdań, które wypowiedzieli przed pierwszą grudniową próbą spadkobiercy idei artystycznej i woli muzycznej mistrza. Całość kończą słowa Romana Nowaka, wygłoszone nad grobem Kisera, w dniu jego poznańskiego pogrzebu. (K. Sz.)

***

   Na koniec tylko warto przypomnieć, że Chór Chłopięcy SZPAKI w roku 1970 zaczął działać w liczbie 50-ciu osób. Od tamtej pory przez zespół przewinęło się ponad dwa tysiące śpiewających chłopców. Dzisiaj w Kameralnym Zespole Męskim SZPAKI śpiewa tylko 14 osób, a z pierwszego składu nieprzerwanie do chwili obecnej śpiewają tylko dwie – Wojciech Kwaśnik i Marek Zygmunt.

***

Ostatnia rozmowa z Wiesławem Kiserem

   - Jesteśmy w poznańskim mieszkaniu Wiesława Kisera. Duży pokój. Na ławie imponująca kolekcja popielniczek. Na dywanie, u nóg swojego pana leży wierna suczka Redo, pies zabrany kiedyś ze schroniska dla zwierząt. Na ścianach plakaty w kilku językach i afisze, zdjęcia z minionych lat, rodzinne pamiątki. Większość tej ikonografii dotyczy Gnieźnieńskiego Chóru Chłopięcego SZPAKI. W oszklonych szafach partytury, literatura muzyczna, opracowania na chór, zapiski, książki, autorska publicystyka, jednym słowem – twórczy dorobek całego życia. Oto pan Wiesław Kiser, zawodowy muzyk, dyrygent, kompozytor. Jak można pana dzisiaj najtrafniej określić?
   - Emeryt.
   - A w zakresie muzyki?
   - Dyrygent chóralny.
   - Gdzie pan zdobywał szlify zawodowe?
   -
W Poznaniu. To się wtedy nazywało Państwowa Wyższa Szkoła Muzyczna. W zakresie kompozycji uczyłem się u Tadeusza Szeligowskiego, a w zakresie chóralistyki wszystkiego, co umiem, nauczyłem się od Jerzego Kurczewskiego.
   - W listopadzie 1987 roku ukazał się kolejny numer poznańskiego Miesięcznika Społeczno-Kulturalnego NURT, w którym zamieściłem swój reportaż w całości poświęcony gnieźnieńskiej Państwowej Podstawowej Szkole Muzycznej. Dwaj główni bohaterowie tego reportażu to ówczesny dyrektor szkoły Wiesław Kiser i jego ukochane dziecko muzyczne – Chór Chłopięcy SZPAKI. Zanim zadam panu kolejne pytanie, wróćmy na chwilę do przeszłości, do reportażu z roku 1987. Oto jego fragment:
   Chór związany jest ze szkołą muzyczną i gnieźnieńskim środowiskiem wieloma autentycznymi więzami. Powstał w roku 1970 pod wprawną ręką W. Kisera i niemal od razu stał się wydarzeniem artystycznym na muzycznej mapie kraju. W najlepszym okresie swojego istnienia wymieniany był przez krytyków i recenzentów zaraz za takimi potęgami chóralistyki chłopięcej, jak zespoły Stuligrosza i Kurczewskiego. Do dzisiaj gnieźnieński chór dał ponad 1000 koncertów, odbył 22 podróże zagraniczne (Finlandia, NRD, Czechosłowacja, ZSRR, Francja, RFN, Bułgaria), śpiewał we wszystkich możliwych warunkach, jakie można spotkać na krajowych szlakach koncertowych.
   Chór od początku swojej działalności finansowany był przez Wydziały Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Poznaniu i Urzędu Miejskiego w Gnieźnie*. Obecnie, aby ten 45-osobowy zespół utrzymać na przyzwoitym poziomie artystycznym, wizualnym i koncertowym, biorąc pod uwagę wyłącznie koncerty krajowe, każdego roku trzeba dotacji w wysokości miliona złotych. Ponieważ jednak mecenasów stać wyłącznie na 200 tysięcy, SZPAKI mogą śpiewać tylko w obrębie Poznania, Gniezna i kilku najbliższych województw. Przez wiele lat istnienia tego chóru wokół dyrygenta i jego wychowanków wytworzyła się w Gnieźnie bardzo ceniona przez środowisko subkultura muzyczna, przyciągająca więcej kandydatów i chętnych, niż posiada miejsc typowy autobus turystyczny.
   Rzecz w tym, że chór nie może posiadać więcej gardeł niż zdoła zabrać w kolejną trasę, czy zagraniczną podróż tenże autobus. Jak bowiem wytłumaczyć tym, którzy nie pojechali, że nie mogą jechać, aby mogli pojechać inni. Jak ustawiać i motywować wysiłek na próbach, aby żaden chłopiec nie czuł się zbyteczny lub oszukany. Dlatego też od razu dopasowano te dwie liczby do siebie, a właściwie tę pierwszą (liczba miejsc w autobusie) do tej drugiej (liczba chórzystów), chociaż nie jest żadną tajemnicą, że największe możliwości wokalne i wykonawcze posiada grupa 70-osobowa.
   Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że chór SZPAKI na trwałe wpisał się w historię i rzeczywistość gnieźnieńskiej kultury, chóralistyki i szkoły muzycznej, w której pobiera nauki większość młodych chórzystów. Ponieważ nic nie trwa wiecznie, należy domniemywać, że być może kiedyś, za ileś tam lat, kiedy odejdą ludzie, pojawi się coś innego, coś w zamian, co będzie logiczną kontynuacją idei, niezaprzeczalnie słusznej idei Wiesława Kisera.
Dopóki zaś chór trwa, dopóki głosy tych chłopców brzmią jeszcze w murach katedry Notre Dame w Paryżu i w ścianach pegeerowskiego ośrodka kultury w Żydowie koło Gniezna, dopóty warto podtrzymywać ten pozytywny snobizm na śpiewanie w SZPAKACH. 
   *Chór nigdy nie był dotowany, otrzymywał tylko zlecenia typu organizacja obozu szkoleniowo-wypoczynkowego, itp.

   - Tak było w roku 1987, a dzisiaj jest nieco inaczej. Chłopcy wydorośleli, a zespół, jak można przeczytać na oficjalnej stronie Miejskiego Ośrodka Kultury w Gnieźnie – jest kontynuatorem tradycji Gnieźnieńskiego Chóru Chłopięcego SZPAKI, działającego w latach 1970-1990. Od początku istnienia kierownikiem artystycznym chóru jest Wiesław Kiser. Od 1993 r. działa pod nazwą Kameralny Zespół Męski SZPAKI. Wystąpił w ponad 100 koncertach w kraju i za granicą. Prezesem zespołu jest Roman Nowak. 
Dzisiaj, z perspektywy 38 lat pracy ze SZPAKAMI, można już powiedzieć, że poświęcił pan życie zawodowe chóralistyce.
   - I to był mój błąd życiowy. Gdybym żył drugi raz, to na pewno bym go nie popełnił.
   - Na czym ten błąd polega?
   - Na tym, że taka działalność w ogóle się w Polsce nie opłaca. Nie mówię o sprawach finansowych. Mówię o tak zwanym rezonansie społecznym. On jest w Polsce żaden.
   - Nawet przy tak wielkiej liczbie chórów amatorskich, jaka obecnie działa w kraju?
   - Zazwyczaj więcej osób stoi na scenie i śpiewa niż siedzi na widowni i słucha. Powtarzam, rezonans społeczny tego śpiewania jest żaden.
   - To może trzeba stawiać na chóry zawodowe?
   - Chórów zawodowych jest w Polsce zaledwie kilka.
   - Może je pan wymienić?
   - Filharmonia Narodowa, Filharmonia Śląska, Filharmonia Krakowska, Chór Polskiego Radia w Krakowie i Chór Filharmonii Poznańskiej. Wszystkie te chóry i inne tego typu są zawodowe w klasycznym rozumieniu tego słowa, bo śpiewanie jest ich pracą, za którą śpiewacy dostaję wynagrodzenie, czyli pensję.
   - Mówi pan o braku rezonansu społecznego w przypadku chóralistyki. Poza słabą widownią, co jeszcze pana martwi w tej kwestii?
   - To, na przykład, że władze nie interesują się utrzymywaniem chórów amatorskich na dobrym poziomie. Tak było za komuny i tak jest teraz. 
   - A jak, pana zdaniem, mogłoby lub powinno to wyglądać inaczej, gdyby władze przejmowały się losem chórów?
   - To powinno wyglądać w ten sposób, że każdy przyzwoity chór miałby szansę prowadzić jakąś działalność koncertową, bo chór, który istnieje zamknięty w czterech ścianach sali do prób, przestaje być chórem. A sens istnienia chóru jest w kontakcie z widownią. Ponieważ jednak władze nie mają pieniędzy, jest jak jest, a przecież nie można zapominać o prostej sprawie, że każde wyjście do widowni kosztuje. Weźmy takie SZPAKI. Ile razy można śpiewać w Gnieźnie? Kiedyś w końcu trzeba wyjechać z Gniezna. Żeby wyjechać, trzeba mieć na to pieniądze, tylko skąd je brać?
   - Czy zatem chór SZPAKI jest ostatecznie skazany na zamknięcie w czterech ścianach?
   - Pewne jest, że on takim nigdy nie był. Jako chór chłopięcy robiliśmy 40 koncertów rocznie, zarabialiśmy koncertami na własne istnienie, na koszty naszego istnienia, bo dotacje mieliśmy tylko na obozy szkoleniowo-wypoczynkowe. Resztę musieliśmy wypracować śpiewaniem, koncertami. Dlatego koncertowaliśmy dużo w Polsce, ale i poza Polską. W tej chwili, jako chór męski, jesteśmy oczywiście zamknięci w sali do prób. Po pierwsze, dlatego, że członkowie chóru są dorośli, a ich możliwości czasowe drastycznie się zmniejszyły, więc zespół może koncertować tylko w tak zwane weekendy. No, a po drugie, to także sprawa finansowa, bo ktoś za te wyjazdy musi zapłacić, a za same koncerty nikt już dzisiaj amatorom nie płaci. A nie płaci, bo nikt nawet nie próbuje ryzykować sprzedawania biletów na koncert chóru.
   - Wróćmy na chwilę do przeszłości, do czasów, gdy tworzył pan chór chłopięcy. SZPAKI były wtedy rozpoznawalną marką, a pańskie nazwisko było gwarancją wysokiej jakości. Co legło u podstaw tego projektu?
   - Chór chłopięcy powstał w Gnieźnie, ponieważ ja się założyłem z Jurkiem Kurczewskim, że zrobię taki chór. On w to wątpił, ale założył się ze mną o przysłowiowe pół litra, że nie dam rady. W Poznaniu było już wtedy dosyć ciasno, więc musieliśmy rozejrzeć się za jakimś innym miastem. W końcu towarzysze z KW (komitet wojewódzki PZPR) wymyślili, żeby w Gnieźnie stworzyć świecką przeciwwagę dla kościelnych uroczystości, mających związek z rocznicowymi obchodami wokół świętego Wojciecha. No i myśmy rzeczywiście debiutowali w okolicach tej rocznicy. To była bardzo prozaiczna przyczyna powstania chóru. A potem, gdy zespół już istniał, było kwestią mojej uczciwości, żeby tych chłopców nie zawieść w tym, co im obiecałem. Bo, żeby ich przyciągnąć i utrzymać w zespole, musiałem im coś obiecać. A obiecałem im przygodę ze sztuką i muzyką. Postanowiłem więc im tę przygodę stworzyć od podstaw.
   - Chór w miarę szybko osiągnął wysoki poziom wykonawczy. Takie przynajmniej były oceny. Zespół był lubiany i chętnie słuchany. Brało się to z młodzieńczej pasji chórzystów i pańskiego profesjonalizmu.
   - Podstawą sukcesu była ich pasja. Bez tego niewiele byśmy zrobili.
   - Bez dobrego dyrygenta też chór niewiele by zdziałał.
   - Tego to już nie wiem, ale wiem, że połączyłem się ze SZPAKAMI emocjonalnie na tyle mocno, że te więzy dwa razy powstrzymały mnie przed ucieczką z Gniezna.
   - Stworzył pan chór, który okazał się z czasem pańskim słodkim ciężarem, taką serdeczną „kulą u nogi”.
   - Owszem, z chórem byłem zawsze mocno związany, ale gdy zespół kończył oficjalnie działalność, jako chór chłopięcy, ówczesne władze Gniezna nie powiedziały pod moim adresem ani dziękuję, ani pocałuj mnie w d…
   - A dlaczego chór chłopięcy zawiesił swoją działalność i stał się w ostateczności chórem męskim? Zabrakło młodych śpiewaków?
   - Nie mieliśmy miejsca, gdzie można było prowadzić próby. A skończyło się miejsce do prób, bo ja w roku 1988 odszedłem ze stanowiska dyrektora szkoły muzycznej.
   - Władze miasta straciły zainteresowanie chórem?
   - Władze miasta nigdy nie ceniły tego zespołu naprawdę, ale to moja następczyni w szkole muzycznej skutecznie pozbyła się SZPAKÓW z sali prób. Trzeba było wtedy spojrzeć prawdzie w oczy i zmienić koncepcję prowadzenia zespołu.
   - Koncepcja, jak widać, doskonale się sprawdziła, bo jest rok 2008, a SZPAKI istnieją, śpiewają i nie wyobrażają sobie innego dyrygenta niż Wiesław Kiser.
   - Chyba jednak będą musieli sobie to w końcu wyobrazić, bo przecież i mnie kiedyś szlag trafi.
   - To pewnie wszystkich nas szlag trafi, ale póki co, nie jest najgorzej.
   - Różnie z tym bywa. Przynajmniej w moim przypadku.
   - Mówił mi pański kolega, Roman Nowak, że nadal świetnie pan opracowuje i przygotowuje kolejne utwory dla zespołu.
   - Nie wiem, czy świetnie, ale robię to, bo to trzeba robić. Każdy chór ma jakąś swoją specyfikę i biorąc się za nowe utwory należy o tym pamiętać, o własnym brzmieniu. Trzeba też brać pod uwagę to, co chór umie i potrafi zaśpiewać. Literaturę muzyczną trzeba robić pod możliwości zespołu. A ja napisałem tego tysiące kilometrów. W tym pokoju mam z tonę nut.
   - Komponowanie i opracowywanie utworu na chór jest czymś innym niż komponowanie i opracowywanie utworu na orkiestrę?
   - Chyba nie ma wielkiej różnicy. Tu i tu od razu czuje się brzmienie utworu, tyle tylko, że dla orkiestry najpierw pisze się tak zwany wyciąg fortepianowy, który się potem instrumentuje, a w chórze tego nie ma, od razu pisze się całą partyturę z podziałem na głosy.
   - Gdy chór chłopięcy zakończył działalność, gdy skończył się napływ młodych śpiewaków do zespołu, a reszta wydoroślała i stała się kameralnym zespołem męskim, to musiał pan zmienić sposób myślenia o tworzeniu muzyki na potrzeby dorosłych SZPAKÓW?
   - Tak. Musiałem od nowa budować repertuar. Pieśni się powtarzają, ale trzeba było je zrobić zupełnie inaczej, wszystko trzeba było pisać od nowa.
   - Bo nie ma sopranów i altów?
   - Prosta przyczyna.
   - Pan swoją muzykę chóralną nosi w głowie, w sercu, w duszy?
   - Potrzeba jest matką wynalazków. A poza tym, ja mało komponuję, ja przede wszystkim aranżuję. A skąd się biorą pomysły? Niekiedy jest to kwestia przypadku. Gdzieś idę, coś usłyszę i zastanawiam się, dlaczego jeszcze ten utwór nie został zaaranżowany dla SZPAKÓW. Potem wracam do domu i biorę się do roboty. Tak było, na przykład, z „Ave verum” Mozarta.
-    Życie zawodowe, a przynajmniej spora jego część, spędzone ze SZPAKAMI, dało panu dużo satysfakcji, radości?
   - Z chórem tak. Tutaj zaznałem więcej przyjemności niż w całej mojej trzeciej dziedzinie aktywności zawodowej, jaką jest publicystyka muzyczna. Zwłaszcza, że chór nadal śpiewa, a pisać już nie mam gdzie, bo nie ma gazet, polskich gazet, które byłyby zainteresowane tym, co mam do powiedzenia o życiu muzycznym regionu. Zawsze rejestrowałem na bieżąco wydarzenia, a w tej chwili to nie bardzo jest co, i nie ma gdzie rejestrować.
   - Gdyby dzisiaj otwarły się dla pana łamy jakiejś dobrej gazety ogólnopolskiej, to miałby pan jeszcze ochotę pisywać, uprawiać swoją publicystykę muzyczną?
   - Miałbym ochotę, ale z tematami jest gorzej.
   - Bo mniej pan wychodzi z domu, czy z innego powodu?
   - Problem polega na tym, że cała Polska w lecie jest umajona festiwalami. A przecież nie można być jednocześnie na 20 festiwalach, w 20 różnych miastach. Wszędzie, wszyscy organizują festiwale, a potem przez resztę roku nie robią nic. A nie robią nic, bo cały roczny budżet wydają na jeden festiwal.
   - Trochę para w gwizdek.
   - Dokładnie tak to widzę.
   - Jeszcze o SZPAKACH. Dzisiejszy chór to właściwie męski zespół kameralny. Jak pan ocenia jego obecny poziom wykonawczy i jego dzisiejszą stylistykę?
   - Co do poziomu, to nie ja powinienem się tu wypowiadać, a co do stylistyki, to i owszem, mam swoje zdanie na ten temat. Otóż stylistycznie jest to „najgorszy” gatunek, jaki może istnieć.
   - Czyli?
   - To jest omnibus, który śpiewa wszystko.
   - A śpiewa chociaż dobrze?
   - Różnie to bywa. Na jednym koncercie bywa lepiej, a na drugim nieco gorzej. Ale chyba ogólnie panowie ze SZPAKÓW prezentują się zupełnie przyzwoicie. Po ostatnim koncercie w podziemiach gnieźnieńskiej Katedry, zrealizowanym w ramach projektu Zenony Golc „Poezja w murach Katedry”, otrzymałem od gnieźnieńskiego senatora Piotra Gruszczyńskiego propozycję, aby to samo zrobić także w Trzemesznie. Podobno ma nawet na ten cel jakieś pieniądze. Cały ten pomysł ze śpiewaniem i poezjowaniem w podziemiach Katedry, to impreza dobrze pomyślana. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim, ale popieram to w całej rozciągłości. Szkoda tylko, że my, to znaczy chórzyści, aktorzy i recytatorzy, robimy to wszystko za przysłowiowe „Bóg zapłać”.
   - Rodzi się więc pytanie, czy chórzyści za swój śpiew powinni otrzymywać wynagrodzenie? Przecież oni ciężko pracują.
   - Za komuny to było możliwe. Teraz pan tego nie załatwi, chociaż chodziłoby o bardzo niewielkie pieniądze. Chóry gnieźnieńskie są na garnuszku Miejskiego Ośrodka Kultury, ale sprowadza się to wyłącznie do opłacenia dyrygenta (na etacie instruktora) oraz udostępnienia sali prób. Chórzyści nie mają z tego nic, poza radością śpiewania.
   - Pańskie doświadczenia w zakresie chóralistyki są wielowarstwowe. Jest pan związany od 38 lat z chórem gnieźnieńskim, ale pana naturalnym siedliskiem jest Poznań. Tu pan zna wszystkich, o tym środowisku wie pan wszystko.
   - Teraz już niekoniecznie.
   - Ale jednak o chóralistyce poznańskiej minionych lat wie pan sporo. Jak ja pan ocenia dzisiaj?
   - W okresie największego rozkwitu było to bardzo dobre środowisko, pełne fantastycznych chórów. Pamiętamy świetny chór kolejowy, równie dobry chór ARION z Pałacu Kultury, pamiętamy chór ZNTK, dobry chór działający na Dębcu, chór nauczycielski, a przede wszystkim istniała chóralistyka akademicka z prawdziwego zdarzenia. Pewnie sporo z tego przetrwało, ale są też chóry, które znikły bezpowrotnie z mapy Poznania. Wokół tego, oczywiście, kręciło się zawsze sporo obiboków, którzy robili hałas na własny temat, ale roboty z tego nie było żadnej. W Gnieźnie też są tacy.
   - Summa summarum, ludzie nadal próbują i chcą śpiewać, ale masowy, autentycznie masowy ruch to już chyba nie jest.
   - Masowe w Polsce to jest „Sto lat!”, przy ognisku i u cioci na imieninach, w dodatku często sfałszowane,
   - Czego życzyłby pan sobie i SZPAKOM na najbliższe lata? Oprócz pieniędzy na działalność i sali do prób?
   - Im wytrwałości, a sobie zdrowia.
   - Ma pan ochotę jeszcze aranżować na potrzeby zespołu?
   - Ochotę mam, ale czasem brakuje sił.
   - Na koniec tej rozmowy wrócę raz jeszcze do owego, cytowanego już tutaj reportażu „Wszystko gra”, który ukazał się w poznańskim miesięczniku NURT w roku 1987. Oto kolejny jego fragment:
   Nie jest łatwo być człowiekiem lubianym i zarazem niepokornym, szanowanym przez podwładnych i jednocześnie cenionym przez zwierzchników. Nie jest łatwo zwłaszcza wtedy, gdy działa się, pracuje, osiąga wyniki na styku administracji i sztuki, na styku języka i muzyki, na pograniczu rzeczy oczywistych i spraw, których nigdy do końca nie da się nazwać, wyjaśnić, zadekretować. Kiedy podejmował się w roku 1970 organizacji kolejnego w Wielkopolsce chóru chłopięcego, wielu nie wierzyło w sukces tego przedsięwzięcia. Kiedy podjął się reorganizacji szkoły muzycznej I stopnia na podstawową szkołę muzyczną, także wielu powątpiewało w sensowność tych działań. W jednym i drugim przypadku podkreślano prowincjonalność muzyczną Gniezna, małe możliwości naboru i trudności organizacyjno-lokalowe.
Jego największym życiowym zobowiązaniem było, i jest nadal, dzieło jego życia – Chór Chłopięcy SZPAKI. Jego największym obowiązkiem, przed którym nigdy się nie uchylał, jest gnieźnieńska szkoła muzyczna. Jego największą artystyczną satysfakcją był koncert chóru w katedrze Notre Dame w Paryżu.
A przecież były chwile trudne, żałosne i beznadziejne. Wystarczyły trzy koncerty w fatalnych warunkach, bez widowni i w otoczeniu niczego nie rozumiejących ludzi, aby na pewien czas odechciało się wyjazdów na prawdziwą krajową prowincję. Wystarczyło kilka lat szukania po Gnieźnie pomieszczeń zastępczych dla uczniów szkoły muzycznej, aby ręce opadały, a nogi uginały się pod brzemieniem odpowiedzialności za te niezawinione przecież niedomagania.
Czy to już wszystko? Portret człowieka jest zbyt skomplikowaną tkaniną, aby do jego konstrukcji mogło wystarczyć tych kilka zdań, kilka migawek i anegdot. To wszystko nie wyjaśnia człowieka, nie mówi całej prawdy o jego sukcesach i porażkach, o jego złym i dobrym dniu, o jego rozumieniu pogody, która rozstraja gardła i przepony młodych śpiewaków, o jego zatroskanym patrzeniu w okno, za którym, gdzieś tam, wśród ulic i domów, kryje się być może zagadka nadchodzącego skurczu serca i drżenia ręki. Zagadka tego, co trzeba jeszcze zrozumieć, zrobić, skomponować, zaaranżować i wyśpiewać młodymi piersiami szykującego się do kolejnej próby zespołu.
   - Tak kończył się mój ówczesny tekst o Wiesławie Kiserze, jego życiu i pracy w Gnieźnie. Dzisiaj jest 16 lipca 2008 roku. Znowu rozmawiamy twarzą w twarz. Od tamtego spotkania w murach szkoły muzycznej minęło niemal dokładnie 21 lat. Tym razem po raz pierwszy mam okazję siedzieć na krześle w pańskim pokoju. Pan pali papierosy, suczka Redo wskakuje na pańskie kolana, a ze ścian patrzą na nas milczący świadkowie tego, co minęło. Panie Wiesławie, jak się pan czuje w tym pokoju, ale i w tym konkretnym miejscu własnej historii, czasu i przestrzeni, raz w tygodniu jeżdżąc do Gniezna, na próby ze SZPAKAMI?
   - A jak się może czuć zmęczony siedemdziesięciolatek? Teraz mam, co prawda, urlop od SZPAKÓW, ale już trzeba myśleć o nowym sezonie.
   - A poza tym? Jakieś plany na przyszłość?
   - Muszę iść z psem na spacer i do sklepu po jedzenie, a do sklepu mam cholernie daleko.
   - Chodzenie pana męczy?
   - Bolą mnie nogi. W końcu jedne pół życia pracowałem na stojąco z chórem, a drugie pół życia, też na stojąco, rozmawiałem w barach i knajpach Poznania o muzyce, polityce i pięknie tego świata.

Rozmawiał:
Krzysztof Szymoniak

(Fot. Roman Nowak)

***

   WIESŁAWA KISERA wspominają jego wychowankowie, chórzyści z Kameralnego Zespołu Męskiego SZPAKI 
   Wszystkie wypowiedzi nagrano 8 grudnia 2008 roku w Gnieźnie


Sławomir Rolewicz, II basy – Wiesław Kiser, człowiek wyjątkowy, jedna z najważniejszych postaci w moim życiu, człowiek niebanalny, którego zawsze będzie brakowało. Trudno pogodzić się z faktem jego śmierci, bo jako dyrygent chóru towarzyszył mi od wczesnego dzieciństwa, czyli od zawsze. A SZPAKI dzisiaj? Zespół kolegów, ale czas pokaże, jak nam się to wszystko dalej ułoży.

Marek Wiśniewski, II basy – Wiesław pokazał nam, jak można żyć. Porządny człowiek. My przy nim też tacy byliśmy. Wszystko, co można powiedzieć na jego temat, to i tak za mało, żeby go oceniać. To był naprawdę znakomity wychowawca i przyjaciel. A SZPAKI dzisiaj? Zespół kolegów, przyjaciół nawet. I tak będzie zawsze, bo tego się przecież nie da rozerwać.

Piotr Napierała, II basy – Wiele lat temu Wiesław Kiser zamienił w moim życiu słowo dzieciństwo na słowo chór. Wtedy też zaczęła się największa, najwspanialsza przygoda mojego życia. Ona właściwie trwa do dzisiaj i wiem, że będzie trwała tak długo, jak długo my będziemy pamiętali o Wiesławie. Poprzez pamięć będziemy trwali w przygodzie, którą on nam stworzył. Wiesław Kiser był wspaniałym człowiekiem. Trudno nawet porównać go z kimkolwiek. Był niepowtarzalny i wyjątkowy. Dzięki niemu takie też były SZPAKI. I nic się w tej materii nie da powtórzyć ani zmienić. Pozostała po Wiesławie idea, którą my niesiemy dalej. Z myślą o nim i dla niego.

Jarosław Marek, I tenory – Ktoś kiedyś powiedział, że życie zostało nam podarowane tylko na chwilę, każdemu nas z osobna. To, co mogłem przeżyć dzięki Wiesławowi i dzięki chórowi, okazało się najpiękniejszą i najważniejszą sprawą w moim życiu. Co dalej? Trudno powiedzieć. Przede wszystkim zastanawiam się, czy damy radę kontynuować i rozwijać twórczo to, co on nam przekazał i w taki sposób, jakby on to sobie wyobrażał.

Marek Zygmunt, I basy – Wiesław był dla mnie wychowawcą od 1970 roku. Wpoił mi szereg życiowych reguł i zasad. Jedna z najważniejszych, to odpowiedzialność za grupę. Druga to taka, że nauczył mnie słuchać innych głosów, a przez to innych ludzi. Był człowiekiem o jasno sprecyzowanym światopoglądzie. A SZPAKI dzisiaj? Po prostu są, ciągle na szczęście są.

Roman Nowak, I tenory – większość przemyśleń na temat Wiesława, jakie miałem, wyraziłem w przemówieniu, które musiałem wygłosić nad grobem. Natomiast w tej chwili kierowanie chórem jest przede wszystkim wielką odpowiedzialnością. Wiesław zostawił zespół, który ma, moim zdaniem, wielki potencjał. Nie wolno nam tego zmarnować. Jest to dla mnie ciężkie zadanie, bo w osobie Kisera straciliśmy poniekąd busolę, kompas. W kwestii programu i opracowań on myślał za nas. A teraz musimy sobie z tym wszystkim poradzić sami. Na mnie spadł główny obowiązek myślenia o stronie muzycznej i artystycznej. Wiem, że chcemy sobie wszyscy z tym poradzić, mamy bowiem w planach koncerty i nagranie płyty. Zaproponowałem kolegom, aby zmienić nazwę zespołu na „imienia Wiesława Kisera”. To sprawia, że odpowiedzialność za zespół jest jeszcze większa. Może ta zmiana dojdzie do skutku, gdy sami sprawdzimy się na estradzie. Wiesław nie zostawił po sobie żadnego potomka, więc nazwisko w końcu zniknie ze świadomości społecznej, z pamięci ludzkiej, jeżeli nie będzie używane i wspominane. A tego, jako zespół, na pewno byśmy nie chcieli.
Janusz Kudławiec, I basy – Wiesław, to przede wszystkim wspaniały wychowawca i przyjaciel. Uczył nas, jak wytrwać w przyjaźni. Dzięki temu grono bliskich mi osób, to głównie śpiewacy ze SZPAKÓW.

Tomasz Kędziora, II basy – Mój ojciec umarł dość młodo, gdy miałem kilkanaście lat. Wtedy to właśnie Wiesław zastąpił mi ojca. W jakiś sposób nauczył mnie podstaw życia w społeczeństwie, podstaw kultury i paru innych spraw, tego wszystkiego, czego nie zdążyłem wynieść z domu rodzinnego. A jeżeli chodzi o zespół, to zawsze byli i są to nadal wspaniali koledzy. Lepszych już w swoim życiu na pewno nie znajdę. Funkcjonowałem przez lata w środowisku sportowym, ale takich przyjaźni, jak tutaj, tam nigdy nie znalazłem.

Jacek Wiśniewski, I tenory – W zespole SZPAKI śpiewam niezbyt długo i trudno w tej sprawie porównywać mi się z moimi starszymi kolegami, ale przez kilka lat, gdy mogłem współpracować z dyrygentem, Wiesław Kiser stał się dla mnie jak członek rodziny. Zawsze pełen optymizmu, dawał wskazówki, jak żyć i jak się tym życiem cieszyć. A jeżeli chodzi o zespół, to mam nadzieje, że wspólnie przetrwamy próbę czasu. Śpiewając i występując sprawimy, że nazwisko Wiesława Kisera nie rozpłynie się w ludzkiej niepamięci.

Norbert Pękała, I tenory – Wiesław Kiser? Dobre pytanie. Na pewno jeden z największych autorytetów w moim życiu. W wielu kwestiach nawet większy niż mój własny ojciec. SZPAKI? Kiedyś były inne. Te nowe, bez Kisera, może będą podobne do tych, których już nie ma. Oby były podobne.

Janusz Kocjan, II tenory – Wiesław Kiser? Dla mnie to była postać niesłychana. Przede wszystkim autorytet, jeśli chodzi o muzykę, znakomity, rewelacyjny aranżer. Jego ostatnie dokonania, kiedy przygotował dla nas chorały Bacha, czyli utwory polifoniczne, na zespół męski, w ten sposób, że one nie różnią się od oryginału, to jest to mistrzostwo najwyższej próby, najwyższej klasy. A wpływ Kisera na moje życie? Ja nie zostałbym muzykologiem, gdyby nie postać Wiesława. On poprowadził mnie ku muzyce, jak prawdziwy guru. Gdyby nie dyskusje z nim na temat muzyki, prawdopodobnie nie byłbym dziś tym, kim jestem, nie robiłbym tego, co jest dla mnie najważniejsze. A zespół? Wiesław wpoił nam miłość do muzyki najwyższego lotu. Sprawił, że spotykamy się tutaj nie tylko towarzysko, ale także dla muzyki, dla przyjemnego spędzania czasu z muzyką traktowaną bez taryfy ulgowej.

Dariusz Napierała, I basy – Jeżeli chodzi o Wiesława Kisera, to dla mnie był to przede wszystkim wielki autorytet, a zaraz potem drugi ojciec. To on niejako ukształtował moją osobowość, zapełnił mi muzyką dzieciństwo i młodość. W efekcie także moje dalsze, dorosłe już życie, było związane z muzyką i Wiesławem. A chór? Powiem krótko, chór to wielka przygoda, wspaniali ludzie, przyjaciele. Przyjaźnie na zawsze, do końca.

Maciej Bilski, II tenory – Przypominają mi się słowa Phila Bosmansa: „Nigdy nie zapominaj najpiękniejszych dni twego życia! Wracaj do nich, ilekroć w twym życiu wszystko zaczyna się walić”. Często wracam myślami do niewątpliwie najpiękniejszych chwil swego życia spędzonych z Dyrygentem i kolegami – Szpakami. Wiesław był dla mnie wspaniałym człowiekiem, nauczycielem i przyjacielem. Nigdy Go nie zapomnę… I zawsze będę wracał…

Wysłuchał i spisał:
Krzysztof Szymoniak





Ten artukul pochodzi z serwisu http://www.informacjelokalne.pl/